Pieniny

Nasze BIEGI W SZCZAWNICY, czyli my spaleni słońcem i szalona owieczka…

Już w zeszłym roku słyszałyśmy o Biegach w Szczawnicy. Kiedy naszym celem stało się zdobycie Korony Gór Polski, wiedziałyśmy od razu, że w weekend zaatakujemy ten bieg oraz najwyższy szczyt Pienin – Wysoką. Ten weekend był dla nas piękną przygodą…

 

Od początku…

Ruszają zapisy na jeden z najpiękniejszych polskich biegów górskich BIEGI W SZCZAWNICY. Organizator proponuje 5 epickich tras:

Każdy znajdzie coś dla siebie. Justyna z Olą wybierają Chyżą Durbaszkę, a Karolina Hardego Rollinga.

Na dzień przed wyjazdem pada pomysł, aby Wysoką zdobyć o wschodzie słońca, kilkoro z naszych znajomych wyraża chęć pójścia z nami. To co w czwartek wydaje się ekstra pomysłem, w sobotę już niekoniecznie. 😉 Ale o tym później…

Do Szczawnicy ruszamy w piątek po pracy, aby odebrać swoje pakiety startowe. Razem z nami jadą Krzysiek, Góral i Michał. Na każdym dystansie, poza tym najdłuższym, mamy swoich ludzi. 😉

 

Panowie na start

Kiedy inni słodko śpią, Góral z Michałem zbierają się na bieg. Pakują żelki z magnezem, żele energetyczne, batony, napełniają bidony wodą i colą. Karolina odwozi ich na start, który dla wszystkich biegów (oprócz Chyżej Durbaszki) znajduje się nad Grajcarkiem przy Karczmie u Polowacy. Przed chłopakami 64 km i 3150 m w górę. Szaleni… Punktualnie o  godzinie 07:00 startują. Powodzenia panowie!

Kolejnego naszego zawodnika odprawiamy przed godziną 09:00. Krzysztof zdecydował się pobiec trasę maratońską 43 km z przewyższeniem +1925 m. Przed swoim biegiem robi nam jeszcze pyszną jajecznicę na śniadanie.. 🙂

Po starcie Wielkiej Prehyby zostajemy w okolicy startu. Delektujemy się słońcem spacerując wzdłuż rzeczki. Tu spotykamy naszego przyjaciela i fotografa – Łukasza wraz kolegą. Oni dziś także biegną najkrótszy dystans, to ich pierwszy bieg. Nadszedł czas na Chyżą Durbaszkę. Ola z Justyną startują z Jaworek. Organizator zapewnia wszystkim biegaczom dojazd na start autokarem, więc tuż po godzinie 10:00 żegnamy się z dziewczynami i przybijamy 5-tki życząc sobie dobrych biegów. Widzimy się tu za parę godzin!

 

Orka na ugorze czyli Hardy Rolling – Karolina

Kiedy dziewczyny idą do autokaru, ja z Łukaszem i Marcinem zaczynamy rozgrzewkę, podskoki, wykroki, wymachy nóg, kilka sprintów. Na tak krótki dystans ciało musi być porządnie rozgrzane. Brzuch zaczyna mnie boleć z nerwów… Chcę pobiec jak najlepiej! Za swój cel obrałam podium, ale wątpliwości czy to się uda są teraz coraz większe. Niech już się to zacznie! Ustawiam się z przodu, słońce już mocno grzeje.  Zaczyna się odliczanie: 3, 2, 1, wystrzał! Poszli! O godzinie 10:30 niespełna 200 biegaczy rusza razem ze mną w stronę Szafranówki, szczytu w małych Pieninach. Pierwszy kilometr prowadzi promenadą. Tempem sprinterskim gonię czołówkę mężczyzn. Chyba jak na mnie trochę za szybko, ale to nie czas na dywagacje. Ma być mocno od samego początku. To jest moja walka! Z promenady skręcam w prawo w stronę stoku narciarskiego gdzie trasa biegnie pod górę. Przez półtora kilometra szybkim marszem wdrapuję się na stok narciarski, a słońce odbiera mi siły z każdym stawianym przeze mnie krokiem.  Ani jednego miejsca w cieniu, nikt się nie odzywa, każdy jest skupiony. I tu wyprzedzają mnie trzy kobiety… Dla mojej psychiki to nie jest łatwa sprawa. Staram się zmotywować, ale nie mogę już bardziej przyspieszyć, to jest moje maksimum. Czasami coś podbiegam i dzięki temu udaje mi się wyprzedzić jedną dziewczynę, która właśnie słabnie. Dobiegam na szczyt cała zdyszana, przede mną ostry zbieg. Tak ostry, że przy drzewach przywiązane są liny, które mają pomóc przy zejściu. Zostają 3 km. Teraz wszystko zależy ode mnie. Puszczam swoje hamulce i biegnę w dół prawie 20 km/h wyprzedzając drugą kobietę! Ale gdzie jest pierwsza? Nie wiem. Wiję się w wąwozie pełnym zakrętów, wpadając po kostki w błoto, ale to mnie nie zatrzymuje! Przede mną ostatnie 700 metrów po deptaku. Widzę pierwszą kobietę! Próbuję przyspieszyć, ale już wiem, że to za krótki dystans żeby odrobić stratę. Wpadam na linię mety jako druga! Cel osiągnięty! Płuca łapczywie chłoną oddech, nogi proszą się o wymianę, ale umysł  jest cały w skowronkach!!! Udało się zrealizować plan 🙂

 

Czekam na chłopaków. Cztery minuty po mnie na metę wbiega Łukasz, a za nim kolega Marcin. Ogromne gratulacje dla nich! Pierwszy bieg w świetnym czasie. Razem ze znajomymi, Marysią i Tomkiem, odpoczywamy oglądając kolejnych biegaczy. Niedługo potem ruszam na trasę pod prąd, żeby spotkać się z moimi towarzyszami podróży, Góralem, Kasią i dziewczynami.

 

Słoneczna “Chyża Durbaszka” – Ola & Justyna

Szybkie przybicie piąteczek z resztą i o 10:15 jedziemy do Jaworek. Ten dystans biegnie również Michał z Only Travelers Left Alive – w sprinterskim tempie. 😉 Po rozgrzewce ruszamy na start i równo o 11:00 rozpoczynamy swoją przygodę. Na początek mamy 4-kilometrowy odcinek biegnący przez Rezerwat Biała Woda. Jest naprawdę gorąco. Niby kwiecień, a jednak temperatury typowo letnie. Profil trasy, nie zapowiadał się tak wymagająco. Po wbiegnięciu na Przełęcz Rozdziele, gdzie łączą się wszystkie trasy, spotykamy biegaczy z innych dystansów. Od tej pory biegniemy po zielonych polanach w górę i w dół, w kierunku dwóch najwyższych szczytów Pienin. Zdobywamy tylko jeden – Smrekowa (1013m n.p.m.) i to jest najwyższy punkt naszego dystansu. Wysoką omijamy i zmierzamy ku schronisku na Durbaszce, gdzie znajduje się wyczekiwany przez nas punkt odżywczy. Kilka łyków wody, pomarańcza do ręki i w drogę. Niestety nie ma wystarczająco dużo drzew, by schronić się w cieniu. Biegniemy razem wspierając się na podbiegach. Humory dopisują, a widok Tatr rekompensuje trudy biegu. Szkoda, że nie można się zatrzymać i popatrzeć dłużej. Na trasie, na 17-tym kilometrze, spotykamy Karolinę z Tomkiem, którzy idą pod prąd by dołączyć na Durbaszce do Górala oraz Kasi i razem z nimi pobiec do mety. To ich 56 km, więc przyda im się wsparcie. Dla nas to już ostatnie 9 km, które nie należą do prostych – dwa bardzo strome podbiegi i zbieg z liną, która nie do końca jest pomocna. Znajdujemy tu również odcinek z rozchlapanym błotem – organizatorzy chyba zrobili to specjalnie, by biegacze nie byli zbyt czyści wbiegając na metę pełną kibiców. 🙂

Ale to już! Jest meta! Medale! Woda, dużo wody! 🙂

Udajemy się na zacienioną ławeczkę, robimy zdjęcia naszych medali popijając piwko i czekając na resztę zwycięzców. 🙂

 

Popołudniowe wakacje

Już po wszystkim. Wracamy wykończeni do domku w Krościenku. Krzysiek z czasem 07:19 , Kasia7:39 , Góral 08:23 , Michał 09:02. Górskie słońce dało się we znaki wszystkim, bez wyjątku! Dobrze, że Justyna zabrała balsam chłodzący po opalaniu… Chłopaki rozpalają grilla, a dziewczyny robią szaszłyki. Czujemy się jak na wakacjach beztrosko siedząc w cieniu, ciesząc się widokami i chwilą spokoju. Napełniamy nasze brzuszki pysznościami. Ustalamy, że jednak nie jesteśmy gotowi wstać na wschód słońca oglądany ze szczytu Wysokiej. Potrzebujemy trochę snu i regeneracji. Przestawiamy godzinę zdobycia Wysokiej na 09:00. Nikt nie protestuje. 🙂

 

Bez przygód się nie obejdzie

W niedzielny, leniwy poranek jedziemy na parking pod Wąwóz Homole. Tu spotykamy się z Marysią oraz Michałem. Zielonym szlakiem ruszamy dzieląc się wrażeniami wczorajszego dnia. Powoli, bez pośpiechu idziemy przez zielone tereny podziwiając okoliczne szczyty. Na swojej trasie spotykamy stado owiec wraz ze stróżującym bacą i jego pasterskimi psami. Bez głaskania psiaków się nie obejdzie! Wśród stada dostrzegamy malutką owieczkę. Kiedy rozczulamy się nad nią, ona w tym samym momencie wstaje i z ogromną prędkością biegnie w naszą stronę! Wpada w środek naszej gromady hamując swoimi kopytkami. W ciągu kilku sekund odskakujemy na bok z odrobiną paniki. A ta co?! Pobeczała na nas i pobiegła z powrotem do stada. 😀 Po chwili konsternacji, kiedy dochodzimy do siebie, zaczynamy śmiać się do rozpuku widząc już te nagłówki w internecie: “Grupę turystów z miasta zaatakowała mała owieczka”.

 

 

Najwyższy szczyt Pienin – WYSOKA 1050m n.p.m.

Zostawiamy owce w spokoju i ruszamy dalej. Teraz już jest coraz stromiej. Dochodzimy do metalowych schodków prowadzących na samą górę. Po czasie 1h40min meldujemy się na naszym dziewiątym szczycie z korony. Z każdej strony szczyt zabezpieczony jest barierkami ze względu na swoją skalistą budowę. Stąd właśnie druga nazwa Wysokiej: Skalisty Szczyt. Widoki są tu naprawdę piękne. Przy dobrej widoczności możemy zobaczyć Słowackie Tatry, Babią Górę, Pilsko czy Trzy Korony. Teraz docierają do nas Asia z Łukaszem, którzy postanowili pospać trochę dłużej niż my. 😉 Robimy zdjęcia, siedzimy na skałkach i śmiejemy się z naszych obolałych nóg.

 

 

Kawka na Durbaszce

Wracamy niebieskim granicznym szlakiem prowadzącym do schroniska pod Durbaszką. Dla kilkorga z nas jest to fragment wczorajszego biegu. Nigdzie nam się nie śpieszy, więc zamawiamy kawę i siadamy na chwilę podziwiając widok na Pieniny, Gorce i Beskid Sądecki. Czas wolno płynie, a my w tym samym tempie kierujemy się w stronę parkingu z małymi odpoczynkami na polankach.

 

Nogami do Góry