kazbek

KAZBEK 5033,8m n.p.m. | Góra z charakterem

Kiedy myślisz o górach.. to albo o nich marzysz, albo je wspominasz. Dzisiaj będzie trochę wspomnień, wraz z garścią praktycznych informacji o pięknym i jak najbardziej osiągalnym miejscu na styku kontynentów. 

Pomysł zdobycia tej góry, narodził się w jednej z nas podczas spontanicznego wyjazdu do Gruzji. Wtedy ta góra oglądana z daleka była czymś tak odległym, wielkim, groźnym i nieosiągalnym, że ciężko było sobie wyobrazić, że mogłybyśmy stanąć na jej szczycie. Nie minął rok i pomysł stał się bardziej realny. Po skompletowaniu drużyny, My – Ola i Karolina – w towarzystwie czterech silnych mężczyzn (Marcin, Marek, Łukasz i Łukasz), wyruszamy w podróż do Gruzji. Cel jest jeden – Kazbek i 5033,8 m n.p.m.

Zapraszamy do krótkiego wspomnienia o tej wyprawie. Jeżeli jesteście ciekawi, jak przygotować się do zdobywania najwyższej góry Gruzji, jak zorganizować taką wyprawę na własną rękę, co ze sobą zabrać, co jeść, jak dbać o swój organizm na takiej wysokości i jakie uczucia towarzyszyły nam podczas ataku szczytowego – zapraszamy do lektury. Poniżej kilka praktycznych wskazówek. Nie jest to przewodnik, nie jesteśmy też ekspertami od wysokogórskich wypraw, ale dla tych którzy marzą o Kazbeku lub innych wysokich górach, ten artykuł jest dowodem na to, że to wszystko jest w zasięgu ręki.

Dziękujemy Łukaszom za możliwość wykorzystania zdjęć 🙂 Łukasz Szczygieł & Łukasz Skórnóg – Wielkie dzięki!

PLAN DZIAŁANIA:

Etap I

RUSZAMY: Stepancminda 1750 m n.p.m. – Klasztor Cminda Sameba 2170m n.p.m.

Dojeżdżając do Stepancmindy, możemy przespać się w tej miejscowości, albo podejść do klasztoru Cminda Sameba (Cerkiew Trójcy Świętej), który widoczny jest na każdej pocztówce z Gruzji, i tam bez żadnego problemu przespać się w namiocie, żeby następnego dnia rano ruszyć do góry. Do kościółka można dostać się na dwa sposoby: iść na nogach krętą, ubitą drogą, którą jeżdżą marszrutki dowożące turystów pod kościółek (można też iść na skróty przez las, bardzo stromo do góry, około 1-1,5h) lub też wyjechać marszrutką za 60 GEL. My wybieramy tą drugą opcję. Podróż trwa ok 40 min i jest to istne szaleństwo. Wiele razy oczami wyobraźni widzimy nasze auto spadające w przepaść, czy odpadające koła. Kierowcy gruzińscy, szczególnie na tym odcinku, mają pole do popisu. :) Jeżeli ktoś lubi offroad, jazdę na krawędzi i sporty ekstremalne to gorąco polecamy. :) Dojeżdżamy na miejsce, przebieramy się i uzupełniamy bukłaki wodą – pod kościółkiem jest źródełko i jest nawet toaleta. :) Jest tu też możliwość wynajęcia koni, które zawiozą bagaże do Stacji Meteo (miejsce skąd wyrusza się na szczyt). Cena za taką usługę to ok 100$. Dziękujemy, pójdziemy na nogach.

Etap II

OBÓZ PIERWSZY: Cminda Sameba 2170m n.p.m. – Sabertse 2800m n.p.m.

Pokonywanie wysokości z zapakowanymi plecakami do granic możliwości jest dla nas nie lada wyzwaniem. Po nieprzespanej nocy idzie się wolno, ale widoki rekompensują nam trudy wspinaczki. Wiemy, że najcięższe jeszcze przed nami. Zostawiamy za plecami kościółek i wspinamy się po zielonych polanach do góry. Dochodzimy do kapliczki. Jest to miejsce, do którego najczęściej dochodzą turyści, którzy chcą zobaczyć lodowiec Gergeti i Kazbek w całej okazałości. Naprawdę robi wrażenie! Z tego miejsca widać też nasz pierwszy nocleg. Wystarczy przekroczyć po drabince rwącą rzekę i na 2800m n.p.m. dochodzimy do lekkiego wypłaszczenia, gdzie zazwyczaj robi się pierwszy postój na trasie. W tym miejscu jest woda, która spływa z lodowca i którą teoretycznie bez przegotowania można pić. Toalety brak, trzeba sobie radzić. 🙂 Rozbijamy namioty, gotujemy kolację i pijemy wodę – dużo wody! Po pięknym zachodzie słońca kładziemy się spać. Noc nie należy do najprostszych. Tak rozbijamy namiot, że śpimy głowami w dół. Nie wysypiamy się nic a nic… 🙂 Ale widok na Kazbek rano po otwarciu zamka namiotu – MAGIA!

Etap III

BASE CAMP: Sabertse 2800m n.p.m. – Stacja Meteo (Bethlemi Hut) 3560m n.p.m.

Wstajemy wraz z promieniami słońca. To najprzyjemniejszy poranek na całej wyprawie. 🙂 Poranna toaleta, śniadanie i pakowanie. To ostatnie sprawia nam sporo kłopotu. Za każdym razem rzeczy jakoś niespodziewanie przybywa, ciężko spakować się tak dokładnie jak przed wylotem. Namiot już nie jest taki mały, a karimata dmuchana nie chce się zmieścić do pokrowca. Ehhh… 😉  Jednak jakoś nam się to udaje i około godz. 09:00 ruszamy do góry. Idziemy trochę na azymut, po ścieżce tak jak prowadzą nas kopce ułożone z kamieni, które teoretycznie wyznaczają szlak. Wydaje nam się jednak, że trochę nadkładamy drogi. Zamiast przecinać lodowiec i iść w stronę Stacji Meteo idziemy do góry po grząskim terenie. Jest ciężko. Co chwilę musimy stawać, żeby dać odpocząć barkom. W końcu postanawiamy zmienić kurs i kierujemy się w poprzek lodowca. Chcemy dotrzeć do ścieżki, która widoczna była z daleka i którą szli inni turyści. Jak się potem okazało, to była dobra decyzja, gdyż nie musieliśmy przekraczać rwącego potoku, który był dla nas przeszkodą w drodze powrotnej. Trawersujemy lodowiec, ostrożnie stawiając kroki. Tutaj, można wpaść w szczeliny, więc trzeba szczególnie uważać. Jeżeli ktoś chce poczuć się pewnie to może założyć raki. W oddali widać już Stację Meteo – miejsce, które będzie naszym domem przez kilka dni. Jeszcze parę metrów i dochodzimy do ostatniego stromego podejścia, które dla nas w tym momencie jest pionową ścianą! Z daleka to tylko złudzenie, albo zmęczenie daje się we znaki. Odpoczywamy chwilę i ruszamy do góry. Kilka kroków i stop, kilka kroków i znów odpoczynek. Jesteśmy! 3 560 m n.p.m.! I już nigdzie wyżej dziś nie idziemy! 🙂

W Stacji tłumy. Brakuje dobrego miejsca do rozbicia namiotu, dlatego postanawiamy rozbić się 100 m poniżej przy ścieżce. Po przybyciu trzeba podejść do kierownika Stacji z paszportem i zapłacić za namiot 10 GEL/dobę. Urządzamy się w namiotach, gotujemy, rozmawiamy, planujemy, sprawdzamy prognozę pogody i znów pijemy dużo wody. Jeśli chodzi o zasięg to znajdziecie go na ławce tuż przed bocznym wejściem do Bethlemi Hut lub między piętrami w Stacji przy oknie :). Jest tam też kontakt, ale słabe napięcie – luksusowe problemy. 😉 Życie obozowe w górach – czas start. 🙂

Etap IV

AKLIMATYZACJA: Stacja Meteo 3560m n.p.m. – Plateau 4200 m n.p.m. – Stacja Meteo 3560m n.p.m.

Następnego dnia chcemy zrobić aklimatyzację czyli wyjść na około 4000 m do Plateou, obszaru o płaskiej lub lekko falistej powierzchni, tam posiedzieć chwilę i zejść z powrotem do bazy. Decydujemy, że idziemy tą samą drogą, którą wychodzi się na szczyt. Uzupełniamy bukłaki i bierzemy coś do przegryzienia, a także raki, kaski i linę. Wyruszamy po drodze mijając Biały Krzyż na 3 820 m n.p.m. i Czarny Krzyż na 3 880 m n.p.m. oraz gdzieniegdzie porozbijane namioty. Wspinamy się po morenie lodowca po grząskim terenie, sugerując się kopczykami z kamieni. Próbujemy zapamiętać drogę, bo przy ataku szczytowym będziemy ten odcinek pokonywać po ciemku. Po drodze mijamy turystów schodzących z góry, którym udało się dziś zdobyć szczyt i tych którzy musieli się wycofać. Dochodzimy na 4 100 m n.p.m., chcemy spędzić tu jak najwięcej czasu. Siedząc postanawiamy podzielić się na 2 zespoły i podejść jeszcze trochę wyżej wiążąc się liną, zakładając raki i kaski. Wszystko w ramach treningu. Podchodzimy na 4 200 m n.p.m. przeskakując pierwsze głębokie szczeliny.

Robi się coraz cieplej a szczeliny robią się coraz większe – lodowiec się roztapia. Na tej wysokości siedzimy aż do momentu, kiedy ze stromej ściany tuż przed nami spada wielki głaz! Nawet nie wiemy do czego porównać jego wielkość, ale jest naprawdę wielki. Kilka metrów w bok i zmiotłoby jednego z nas. Oblatuje nas strach i w mgnieniu oka zaczynamy schodzić do Stacji Meteo. Po powrocie sprawdzamy pogodę na kolejny dzień i decydujemy, że ze względu na nienajlepszą prognozę odpuszczamy. Pojutrze w nocy spróbujemy zaatakować szczyt.

Etap V

ATAK SZCZYTOWY: Stacja Meteo 3560m n.p.m. – Kazbek 5033m n.p.m. – Stacja Meteo 3560m n.p.m.

W namiocie śpi się niezbyt dobrze. Trochę twardo, zimno, krzywo i mało miejsca. Sen jest płytki i przerywany. Budzik dzwoni o 2 w nocy, akurat w momencie kiedy udaje się zasnąć.. Odechciewa się wszystkiego. Dzień wcześniej spakowaliśmy sprzęt do plecaków, przygotowaliśmy śniadanie, tak żeby tylko zalać je wodą. Również ubrania mieliśmy gotowe (część założyłyśmy na siebie na noc), żeby tylko wyjść z namiotu, zjeść i móc iść w górę. Noc jest gwiaździsta, ale wietrzna. W oddali widzimy światła czołówek. Nie tylko my zamierzamy dzisiaj wyruszyć do góry. Zamykamy namioty, czołówka na głowę, kijki w ręce i ruszamy! Z bazy wychodzimy jako druga ekipa. Mamy ze sobą wgranego tracka z trasą, którego otrzymaliśmy od polskich ratowników realizujących swój projekt u podnóża góry: BEZPIECZNY KAZBEK. Narzucamy mocne tempo, aż w końcu jesteśmy pierwsi. Odwracamy się i widzimy tylko światła czołówek – piękny widok. Po drodze gubimy się trochę, ale finalnie udaje nam się dotrzeć do znanego nam miejsca na 4 100 m n.p.m. Tutaj mała reorganizacja: kijki zamieniamy na czekany, zakładamy raki, dodatkową warstwę ubrania, kaski. Wiążemy się liną i ruszamy do góry.

Nagle wokół nas pojawia się mnóstwo komercyjnych wypraw, które wchodzą na szczyt z przewodnikiem. Są związani po 10 osób na jednej linie, bez żadnych odstępów. Niestety zaczynamy sobie nawzajem przeszkadzać. Ciężko minąć się na jednej wąskiej ścieżce. Nasze tempo jest zdecydowanie szybsze od pozostałych, więc uważnie i bezpiecznie udaje nam się wyprzedzić kilka zespołów. Okazuje się, że jesteśmy drugą ekipą w kolejce do ataku szczytowego. Powoli wysokość daje o sobie znać. Oddech staje się płytki i głośny, powietrze jest tu rozrzedzone, wydaje się, że tlen nie dochodzi do mózgu. Stawiamy kilka kroków i odpoczywamy. I tak cały czas. Żadna z nas nie ma objawów choroby wysokościowej, która może pojawić się od wysokości 2 500 tys. m n.p.m., ale każdy organizm reaguje inaczej, więc trzeba siebie obserwować i jak tylko coś się dzieje zacząć schodzić w dół. Pogoda jest tu bardzo dynamiczna. Nie jest zimno, ale w plecakach mamy zapasową warstwę ubrań w razie gwałtownego ochłodzenia. Słońce cały czas bije się z chmurami. Silny wiatr skutecznie przygania ciemne obłoki nad kopułę szczytową. W wyższych partiach większość czasu idziemy we mgle, dlatego ciężko określić jak dużo drogi jeszcze przed nami. Powoli przesuwamy się naprzód.

Z każdym krokiem jesteśmy bliżej szczytu. W głowie kłębią się myśli. Niedowierzanie, że tu jesteśmy, radość, że może nam się dziś udać, zrezygnowanie, że końca tej bieli nie widać. Związani liną idziemy z 5-cio metrowym odstępem, co sprawia, że nie mamy ze sobą kontaktu. Każdy idzie sam ze sobą i nie ma opcji, żeby porozmawiać, wesprzeć się na duchu. Jesteśmy drużyną i nie możemy siebie zawieść. Każdy odpowiada za każdego. Bardzo ciekawe doświadczenie. Otuchy dodają nam… psy, które swobodnie biegają na 4 500 m n.p.m. z takim zadowoleniem, że poprawia nam to humory. Choć na początku myślimy, że to umysł płata nam figle. 🙂 Z każdą minutą przybywa dnia, ale mimo tego robi się coraz zimniej. Wiatr ochładza nas dodatkowo i obniża odczuwalną temperaturę. Około godziny 8:00 wspinamy się na lekkie wypłaszczenie. GPS wskazuje 4 900 m n.p.m. Od szczytu dzieli nas 130 m w górę. Tak blisko i tak daleko. Teraz robi się bardzo zimno. Wiatr wieje z prędkością 100 km/h, a wokół nie widać nic. Na tej wysokości spotykamy ekipę, która była cały czas przed nami, co oznacza, że nikt nie poszedł do góry. Zastanawiamy się co robić, staramy się obiektywnie ocenić warunki, nasze umiejętności i trasę, którą mamy do przejścia. Nieznajomość góry i fatalna pogoda zmuszają nas do podjęcia decyzji o zawróceniu. Niestety nie ma tu żadnego miejsca, w którym możemy się schronić przed zimnym wiatrem i przeczekać złą aurę. Decyzja jest ciężka dla nas wszystkich. Postanawiamy zejść na dół, po drodze mijając ekipy, które prawdopodobnie zdobyły szczyt, ponieważ 2h później pogoda się wyraźnie poprawiła. Co poszło nie tak? Zabrakło szczęścia z pogodą i trochę odwagi, żeby zaryzykować. Myślimy o tym teraz, będąc na dole, oceniając tą sytuację z perspektywy czasu. Byliśmy świetną ekipą, mieliśmy świetny czas, byliśmy bardzo dobrze przygotowani fizycznie. Schodzimy w milczeniu, trochę źli, ale i wdzięczni za osiągnięte 4 900 m n.p.m. Nikt z nas nie był nigdy wyżej. W drodze powrotnej robi się bardzo ciepło, słońce mocno grzeje a szczeliny otwierają się. Wiemy, że osoby które są za nami mogą mieć problem z zejściem. Powoli dochodzimy do Stacji Meteo, już trochę z dystansem spoglądając na całą tą przygodę. Zdrowy rozsądek wziął górę. Tak miało być! Każdy miał wrócić do domu cały i zdrowy.

Dla nas była to taka pierwsza wysoka góra. Przekroczyłyśmy magiczną granicę 4000 m, prawie dotykając ziemi na 5000 m. Zmagałyśmy się z ciężarem, zmęczeniem, niewyspaniem, zimnem i tego doświadczenia nikt nam nie zabierze, a góra jak stoi stać będzie. 🙂  Może kiedyś nas wpuści.

Etap VI

POWRÓT: Stacja Meteo 3560m n.p.m. – Stepancminda 1750 m n.p.m.

Po powrocie do namiotów, postanawiamy przespać się jeszcze jedną noc na górze. Przez to, że nasze namioty znajdują się przy ścieżce czasem dostajemy jedzenie od schodzących ekip, którym będzie ono tylko ciążyć podczas zejścia. 🙂 Dobra miejscówka. 😛 Polecamy! Kiedy wnosisz cały swój dom na plecach na 3 tys m, najbardziej zależy na tym aby plecaki nie były zbyt ciężkie, więc bierze się zazwyczaj liofizowane jedzenie, które wystarczy zalać wodą. Ucieszyliśmy się ogromnie, kiedy schodząca ekipa zostawiła nam worek z czymś do przekąszenia. Smak chleba i pasztetu jest nieziemski. 🙂 My też mamy okazję się podzielić tym co mamy. Nasze jedzenie i butle z gazem, które nie są nam już potrzebne, zostawiamy przy namiocie dyżurującej ekipy BEZPIECZNEGO KAZBEKU. Smacznego. 🙂

Drogę powrotną od Stacji Meteo do Stepancmindy robimy na raz. Tym razem idąc już po lodowcu w dół, jak większość ekip. Jedyna przeszkoda na trasie to rwący potok, który trzeba przekroczyć przeskakując z kamienia na kamień. Z plecakami skakanie nie jest zbyt wygodne. 🙂 Tak schodzimy na dół. Tak kończy się przygoda. 🙂 Od razu udajemy się do restauracji, zjeść coś ciepłego i napić się coli i piwa. 🙂 Tutaj nasza ekipa się rozdziela. My jedziemy do Tbilisi, a Łukasze dalej w głąb Gruzji.

To jedna z piękniejszych i bardziej wymagających przygód! 🙂 Zdecydowanie było warto!

 

GARŚĆ PRAKTYCZNYCH INFORMACJI

TO BYŁA PIĘKNA PRZYGODA!

Pozdrawiamy i życzymy udanych wędrówek!

Ola i Karolina

Nogami do Góry