Supermaraton Gór Stołowych

SUPERMARATON GÓR STOŁOWYCH czyli kolejny weekend pełen wrażeń z Koroną Gór Polski w tle

Nie mija miesiąc, a my znowu jedziemy w Góry Stołowe, tym razem na Supermaraton Gór Stołowych! Po raz drugi łączymy zdobywanie szczytów z bieganiem.

Supermaraton Gór Stołowych

Góry Stołowe mają swój urok, chce się do nich wracać, na nowo je zwiedzać, podziwiać. To zupełnie inny krajobraz niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajone. Tatry czy Beskidy nie są tu w niczym do nich podobne. Może właśnie to nas tak przyciąga?

Ruszamy w piątek wraz z Łukaszem. Przed nami 300 km, ale droga do celu zawsze mija szybko. Mamy w planie dziś wejść na najwyższy szczyt Gór Bystrzyckich – Jagodną (977m n.p.m.) oraz Gór Orlickich – Orlicę (1084m n.p.m.).  Po kilku chłodnych dniach czuć już lato. Słońce, wiatr we włosach i zapach przygody!

JAGODNA 977m n.p.m. 

Kierujemy się w stronę miejscowości Spalona, z której chcemy ruszyć na szlak. Niestety przez roboty drogowe musimy jechać objazdem przez krętą, wijącą się w górę drogę z dziurawą nawierzchnią. Ani żywej duszy po drodze, tylko las, a GPS chce nas poprowadzić przez leśną ścieżkę do celu. No way! Jedziemy asfaltem! Wolimy jechać dłużej niż przez jakieś nieznane drogi. Po niespełna 4h dojeżdżamy na parking przy Schronisku Jagodna. Z tego miejsca wchodzimy na niebieski szlak. Mamy do przebycia niesamowitą wysokość 186 m. Szlak jest nudny, w większości poprowadzony żwirkową, szeroką drogą. Czasem odbija na leśną ścieżkę. Nic się nie dzieje.. Nawet nie odczuwamy tego, że to góry. I nagle przed nami na środku drogi stoi ułożony z kamieni kopczyk! Ale że o co chodzi? To tu? Okazuje się, że tak! 😀 Zaczynamy się chichrać. Łukasz niedowierza i idzie dalej szukać szczytu. Nie znalazł 🙂 Robimy kilka zdjęć na pamiątkę i tą samą drogą wracamy do schroniska. Możecie tam znaleźć pieczątkę i całkiem ładny widok na okolice.

ORLICA 1084m n.p.m.

Niecałe 20 min drogi autem  zatrzymujemy się na punkcie widokowym Pod Zieleńcem. To zdecydowanie jedyny piękny widok z trasy na szczyt. Idziemy leśnym, zielonym szlakiem,  wśród niezliczonej ilości krzaków borówek, czasem coś podjadając. Tu bardziej nam się podoba – jest pod górę, las, korzenie, jakieś błoto. To jest szlak! Po 25 min dochodzimy do drewnianej wiaty turystycznej. Tu zmieniamy kolor szlaku na czerwony i przekraczamy granicę polsko-czeską. Do szczytu mamy tylko 2 min. Niestety jest on w całości zalesiony i nie można podziwiać panoramy na pobliskie góry. Podobno kiedyś w tym miejscu znajdowała się wieża widokowa, z której można było zobaczyć Pragę, teraz znajduje się pomnik upamiętniający pobyt na Orlicy Fryderyka Chopina, cesarza Józefa II oraz Johna Quincy Adamsa – prezydenta USA. Tą samą droga wracamy do samochodu. Teraz kierunek Karłów!

 

SUPERMARATON GÓR STOŁOWYCH

 

Dwa miesiące temu w tym miejscu, pod Centrum Szkoleniowo Edukacyjnym Karłów, Ola zmieniała Justynę w sztafecie. Wylegiwałyśmy się wtedy na kocu, wpatrując się w Szczeliniec. Dziś też jest gorąco. Razem z Łukaszem odbieramy pakiety startowe. Karolina wraz z Góralem (który ma do nas dojechać) zdecydowała się na dystans 54 km. Ola, Justyna i Łukasz wybrali 21 km. Biegi rozłożone są na dwa dni: supermaraton odbywa się w sobotę a półmaraton w niedzielę. Nocleg mamy w najlepszym miejscu, bo zaraz obok punktu startu! Z okna naszych pokoi rozpościera się widok na skalną półkę najwyższego szczytu Gór Stołowych. Korzystając z tego, że od szczytu dzieli nas tylko 680 kamiennych schodów, Ola, Łukasz i Góral (już obecny 😉) postanawiają iść na wschód słońca. Dla porannej rozgrzewki truchtają w stronę nowego dnia, który nie chce nadejść. Okazało się, że tu słońce wstaje 10 min później niż w Krakowie, a że upału w sobotę nie było, to troszkę zmarzli, na domiar złego, spektakularnego widowiska nie było.

Karolina & Góral 54 km

OD BUFETU DO BUFETU

Startujemy o godz 8:00. Stresuję się bo dla mnie to jest pierwszy tak długi bieg. Nie wiem jak moje ciało się zachowa, czy żołądek nie będzie płatał figli, czy umysł pozwoli przetrwać złe chwile. Prawie 500 zawodników wyrusza z Karłowa. Jest ciasno jak to zwykle na samym początku biegu. Staramy się wyprzedzać innych zawodników bokiem po wysokich trawach. Pierwsze 5 km praktycznie cały czas biegnie w dół, co pozwala mi wyminąć parę osób. Założyłam sobie wcześniej, że podzielę trasę na 6 odcinków, od bufetu do bufetu, aby nie myśleć ile mam do końca. Zawsze lepiej brzmi 11km niż 50 km. Biegniemy już po czeskiej stronie i tu jest pierwszy bufet. Biorę dwa arbuzy, pomarańczę, parę łyków coli i lecę dalej! Zanim się orientuję znowu jest bufet. Ponownie biorę ten sam zestaw. Wody mi na razie nie trzeba – doleję na kolejnym postoju. Do 21. km pędzimy jak szaleni, jakby za chwilę miała być meta. Niedobrze. W takim tempie to ja nie dobiegnę do 40. km. Zwalniamy. Trasa po części pokrywa się z moim etapem z kwietniowej sztafety. Pomimo iż moja orientacja w terenie mocno szwankuje, parę miejsc udaje mi się rozpoznać. Czasami zdarza się, że biegniemy sami.. Szlak jest bardzo wymagający: są tu wystające korzenie, skały, pełno kamieni, należy bardzo uważać, choć przy takiej prędkości nie mam czasu o tym myśleć. Przeskakuję z korzenia na kamień, a z kamienia na korzeń i tak cały czas. Pod górę idzie mi znacznie wolniej – dobrze, że wzięłam kije, którymi odciążam nogi.

 

KRYZYS I ODRODZENIE

Zaraz Pasterka i będzie bufet, a tam Ola z Łukaszem czekają już na nas! Justynę rozłożyło przeziębienie i została w miejscu naszego noclegu. Wymieniam z nimi parę zdań, dolewam sobie wody i dalej przed siebie w łąki. Przed nami ostry zbieg, a potem mocno pod górę w stronę Skalnych Wrót. 36-ty km. I tu się zaczyna.. Niechciany kryzys wtargnął bez pytania. Zwalniam, i to bardzo. Myślę tylko o tym, żeby podnosić nogi do góry. Bolą mnie mięśnie dwugłowe, łydki, pośladki, bark, przepona i pewnie jeszcze inne części ciała też by się znalazły. Idę.. Łzy zaczynają napływać do oczu. Przecież ja tego nie ukończę! Nie mam już siły. Czy to podejście się kiedyś skończy? Góral mnie wspiera, karze zjeść batona. Nie wiem kiedy, ale udaje mi się ożyć! 😀 Zaraz będzie czwarty bufet. Widzę Łukasza! Zaczynam biec teraz po głazach w dół, wyprzedzam tych co mijali mnie na podejściu. O nie! Tak łatwo się nie poddam! Biegnę jak szalona, mama chyba by zawału dostała gdyby to widziała. Jest Ola! Wymieniamy się krótkim spojrzeniem i uśmiechem, bo aż strach oderwać wzrok spod nóg. Melduję się na bufecie pod Szczelińcem. Kosztuję kawałek ciasta drożdżowego, którym Góral się właśnie opycha, ale to nie dla mnie. Zostaję wierna owocom. Do końca tylko 13 km! Powtarzam sobie w głowie, że nie raz już taki dystans biegłam. Próbuję trochę oszukać umysł i mięśnie. Jeszcze tylko podejście na Błędne Skały – przecież tam jest pięknie! Wyprzedzają mnie 3 kobiety, ale ja nie jestem w stanie ich dogonić. Nie mam na tyle siły, ani też nie mam potrzeby. To mój pierwszy bieg ultra, chce po prostu dobiec do mety. Nie zaprzątam sobie nimi głowy i w swoim tempie wpadam między niesamowite skalne ściany. Przebiegamy kładkami między nimi, jak w labiryncie, przeciskamy się między skałami, zachwycając się przyrodą.

CZAS TO KOŃCZYĆ

Już jest ostatni punkt odżywczy! Przemywam tylko twarz i już nas nie ma. Truchtamy granią, po płaskim podłożu. Możecie nie wierzyć, ale to chyba jest najgorszy fragment dla wszystkich biegaczy. Głupio iść, bo przecież płasko, a biec ciężko bo nogi jak z ołowiu. Nagle się potykam, czuje że lecę w przód, oczami wyobraźni widzę rozwalone kolana, ale w ostatniej chwili podpieram się kijkami. Uff. Udało się, nikt nie widział. 😛 Po lewej stronie widzę Szczeliniec! Ale jak to? Zostały tylko 4 km, a on wydaje się tak daleko! Dobra, czas to skończyć. Zbiegamy do Karłowa, już wolniej, kolana bolą od ciągłego skakania. O niczym innym nie marze tylko o tych 680-ciu schodach! Wiem, że to ostatnia prosta, poza tym są barierki, najwyżej będę się podciągać na rękach. Dobiegamy do pierwszego schodka i zaczynamy wspinaczkę. Jeszcze jakieś siły mi zostały, czasem wchodzę po dwa schody, bo przecież to dwa razy szybciej. Turyści biją brawo, odsuwają się na bok, żeby nas przepuścić. Widzę schodzących już zawodników z medalami na szyjach i piwkiem w rękach. Już niebawem ja też będę mogła się tak przechadzać! 😀 Słyszę gwar mety, biegnę po kładkach, słyszę dzwonki! Są Justyna z Olą! Co za radość! Przekraczamy z Góralem linię mety po 7h i 19min. Płaczę, ale ze szczęścia! Mam to! Jestem ultrasem!

Ola & Łukasz 21 km

PRZEDBIEGOWE ROZTERKI

Podczas pierwszego dnia obserwujemy razem z Łukaszem zmagania biegaczy na dystansie 54 km. Z wielkim podziwem bijemy im brawo. Długie oczekiwanie na nasz start nie wpływa dobrze na moją psychikę. Liczyłam jednak na dobrą pogodę i zabawę. W sobotę idziemy wszyscy dosyć wcześnie spać – 10 godzin snu na pewno nam się przyda. Rano wita nas niebieskie niebo i to zdecydowanie poprawia nam humory. Jem lekkie śniadanie, pakuję plecak i jestem gotowa. Czasu do startu nie ma zbyt dużo. Trochę spada mi motywacja do biegu po tym jak muszę zostawić chorą Justynkę na starcie. Miałyśmy biec razem ten dystans. Czuję, że trochę tu nie pasuję. Chwilę przed startem, przybijamy sobie piątki z Karoliną, Góralem no i Justynką. Ponad 400 osób rusza na trasę 21 km biegu z przewyższeniem 1080m. Na początku biegnie się dobrze, lekko w dół, a z każdym kilometrem ścieżka zwęża się, tak że ciężko kogokolwiek wyprzedzić. A szkoda, bo tylko na takich odcinkach nadrabiam. 😛 Łukasz żałuje, że nie ustawił się bardziej z przodu stawki, tak aby biec z najszybszymi. Traci przez to kilka cennych minut. Nauczka na przyszłość. 🙂

PO BURZY ZAWSZE WYCHODZI SŁOŃCE

Biegniemy w dół, niebieskim szlakiem tzw. Pustą Ścieżką, aż do parkingu. Tam zawrotka i pod górę. Tworzy się kolejka, znowu nie da się wyprzedzać, ale nawet się z tego cieszę, bo wbrew pozorom trochę odpoczywam. 🙂 Tak zaczynam sobie liczyć kilometry do punktu odżywczego. Wiem, że tam będą czekać na nas nasi ludzie. 🙂 Biegnę, żeby nie było wstydu. Strasznie się cieszę, że ich widzę.. Naładowana uśmiechami ekipy i pomarańczami na bufecie, z garścią rodzynek w ręce ruszam dalej. Przede mną cudowne kilka kilometrów na trasie. Biegnę sobie lekko w dół wśród wysokich traw, w promieniach słońca. Gdy mijam chyba najpiękniejszą polankę jaką widziałam, odliczam kilometry do kolejnego bufetu w Błędnych Skałach. Nic mnie nie boli, nie pije za dużo, żeby nie mieć kolki. Na zbiegach szaleję, pod górę idę swoim, niestety nie najszybszym tempem.. Upatrzyłam sobie trójkę biegaczy, których staram się nie spuszczać z oka. 🙂

MOJA WYGRANA

Gdy zbiegamy do Karłowa wybijają 3h mojego biegu. Hmm, nie udało się. Chciałam przybiec na metę w tym czasie. No nic, trudno, biegnę dalej! Przede mną końcówka i te 680 schodów. Jeszcze wczoraj wychodziłam tu na wschód słońca. Wtedy jakoś zleciało, może i teraz pójdzie. Przy wejściu spotykam Łukasza idącego z pustą już butelką piwka, które czeka na wszystkich biegaczy na mecie.. Ehh tak bym się napiła. 🙂 Wspinam się, wyprzedzają mnie 3 dziewczyny, Łukasz mnie dopinguje mówiąc, że mam je w zasięgu ręki, żebym nie odpuszczała.. Jakoś brakuje sił, robi mi się trochę słabo, ale idę, patrzę pod nogi, ciężko oddycham i dziękuję za te barierki! Łukasz biega wokół mnie tam i z powrotem, ja nie wiem skąd ten chłopak ma tyle siły! 🙂 Po przebiegnięciu mety po 2h 18min było mu jeszcze mało. 🙂 Brawa dla Ciebie Łukasz! Znam doskonale te schody i wiem dokładnie ile mi jeszcze zostało do końca.. Teraz kilka fragmentów skalnych tuneli i zakamarków i już widzę Górala z aparatem! Jest już blisko! Za kolejnym zakrętem spodziewam się dziewczyn… nie ma. Biegnę dalej. Ostatni zakręt i są!  Dziewczyny i meta! 🙂 Zatrzymuję zegarek na 3h 13min. Wynik do poprawy, sporo pracy przede mną, ale cieszę się, że dałam sobie radę.

 

 

To był piękny weekend pełen wrażeń! Gratulujemy i dziękujemy organizatorom i wolontariuszom z Załogi Górskiej za kawał dobrej roboty, dobrze oznaczoną trasę i dobre słowo podczas biegu 🙂

Podziękowania dla Fotografia Małgorzata Telega za zdjęcia, które mogłyśmy umieścić na naszym blogu. Więcej zdjęć Gosi -> TUTAJ 🙂

Nogami do Góry