Sztafeta Górska

1 weekend, 3 szczyty z Korony Gór Polski i biegowa SZTAFETA GÓRSKA 3×20 km..

Tym razem wracamy w Sudety nie tylko po to, żeby zdobyć najwyższe szczyty KGP: KŁODZKĄ GÓRĘ, BISKUPIĄ KOPĘ I SZCZELINIEC WIELKI, ale też po to, żeby wystartować w pierwszej MIĘDZYNARODOWEJ SZTAFECIE GÓRSKIEJ. Było warto!

Korona gór i bieganie?

W grudniu zobaczyłyśmy ogłoszenie o sztafecie 3x20km + i długo nie musiałyśmy się zastanawiać nad decyzją. Biegniemy! Trzy etapy, nas też trzy – idealnie! Bierzemy w ciemno! Przecież przy okazji biegu zdobędziemy szczyty z Korony Gór Polski, a taki jest nasz główny cel. Bierzemy wolne w piątek i wraz z Krzyśkiem jedziemy w stronę Kudowej-Zdrój. On także bierze udział w zawodach razem z Góralem i Pawłem. Jego drużyna ma do nas dojechać wieczorem. Korzystając z pogody i aby rozruszać nogi przed sobotnim bieganiem, zatrzymujemy się po drodze przy Przełęczy Kłodzkiej. Parkujemy przy niebieskim szlaku i ciesząc się wiosenną aurą ruszamy na najwyższy szczyt Gór Bardzkich. Trasa zajmuje nam niewiele ponad godzinę. Kłodzka Góra ukryta jest w lesie. Ale tu miłe zaskoczenie! W budce schowana jest pieczątka! Ponieważ nie można stąd podziwiać widoków na okolicę wracamy tą samą drogą do auta. 

 

 

Teraz kierunek to biuro zawodów sztafety. W samym centrum miasteczka, w pijalni wód odbieramy pakiety startowe, a w nich numer naszej sztafety, chipy na buty, mapy z trasą biegu, żele i batony energetyczne. Co ciekawe, jest też kupon na darmowe wejście do lokalnego basenu w ten weekend, no ale kto by pomyślał żeby na bieg brać strój kąpielowy? Na pewno nie my.. przeglądamy mapy, robimy zdjęcia, relacje na insta, bawiąc się przednio kiedy fotograf organizatora robi nam zdjęcia z “przyczajki” 🙂  Jeśli w albumie organizatora na FB znajdziecie nas chowające się za numery startowe – to właśnie był ten moment! 😉 Chodzimy chwile po deptaku, robimy zakupy na kolacje i jedziemy na nocleg. Koło godziny 22 dociera do nas reszta męskiej sztafety. Jeszcze chwila na przekazanie informacji, spostrzeżeń i idziemy spać, gdyż pobudka o 5:00. Same chciałyśmy 😉 

 

 

I etap – Karolina

28,8 km, przewyższenia: +1460m/-1150m

Na start idą wszyscy życząc powodzenia Karolinie i Góralowi. Oni lecą jako pierwsi.

Punkt 7:00 start! Ten etap jest najdłuższym dystansem. Trasa od początku biegnie pod górę w stronę Błędnych Skał, słońce już wschodzi i przebija się między drzewami grzejąc nasze twarze. Jest przyjemnie do momentu kiedy zaczynają się stopnie ułożone z kamieni. Na ich końcu czeka labirynt skalny. Tutaj jest ciemno, słońce nie dochodzi, a temperatura z +11 stopni spada do +3 stopni. Przeciskamy się pomiędzy skałami, wyginając śmiało ciało, przechodząc prawie na kolanach a nawet tańcząc na lodzie 🙂 To miejsce odwiedzi jeszcze Ola na swoim etapie. Póki co pierwszy bufet i pomarańcza do ręki. Nie ma co odpoczywać! Dalej biegiem w dół czołgając się pod drzewami, czasem przeskakując przez powalone konary, a innym razem biegnąc po łące delektując się chwilą spokoju. Drugi punkt odżywczy mija bardzo szybko. Kiedy myślę, że jest dobrze, że czuję się na siłach, że czas nie jest najgorszy, zaczyna się wspinanie w górę. Nie ma ani chwili odpoczynku. 12 km skakania po korzeniach, skałach, uważania na lód, mozolnych podejść i pełnego skupienia. Mocy ubywa, nogi już są ciężkie jak ołów i nawet krótkie zbiegi nie cieszą. Ale jest! 28 km! Ostatnie 800 m i wyczekiwana zmiana. Radość jednak jest tylko przez chwile bo… końcówka jest pod górę, po nierównych kamiennych schodach. Widać tylko niekończące się serpentyny biegaczy i raz po raz słychać przekleństwa. Dobrze, że chociaż barierka jest! Wdrapałam się! Dajesz Justyna!

 

 

A my z Olą, Góralem (na trasie już biegnie Krzysiek), Pawłem i przygarniętym przez nas Kubą jedziemy na ostatnią zmianę. Rozłożeni na kocu, na zielonej trawce, grzejąc się w słońcu, patrzymy leniwie na wbiegające kolejno osoby z innych sztafet i biegu solo.

II etap – Justyna

21,7 km, przewyższenia: +1000m/-945m

Czekanie przy Schronisku Hvezda, aż przybiegnie Karolina nie jest łatwym zadaniem. Nerwy, stres, ciągłe wsłuchiwanie się czy nie zapowiadają liczby 51 – to numer naszej sztafety. W razie zapowiedzi naszego numeru mam 7 minut do momentu jej wbiegnięcia. Niestety niczego nie można przewidzieć, bo Karolina przybiega bez ogłoszenia!

Dosłownie minutę zabiera nam przywitanie się, przekazanie naszej pałeczki – naszywki NDG – i pożegnanie. Czas start! Po niecałych 10-ciu minutach biegu pojawia się pierwsza przeszkoda w postaci wyślizganej, lodowej półmetrowej górki, która schodzi wprost na wielkie skały. Jest i pierwsza panika – jak tu zjechać by na samym początku się nie poobijać? Na szczęście jest barierka! Teraz już las, podbieg, zbieg i znowu podbieg, zbieg i tak w kółko. Na tym etapie jeszcze jest chłodno. Przy podbiegach podziwiam ogromne głazy, słucham śpiewu ptaków i delektuję się ciszą. Biegacze się już rozciągnęli na trasie i biegnę sama. Czasami mija mnie jakiś biegacz, ale szybko tracę go z pola widzenia.

Na 8-mym kilometrze jest  mocno pod górę. Wybiegam z lasu na wąską ścieżkę, dzięki czemu widzę innych biegaczy, którzy tak jak ja nie dają rady tej stromej górce. Ale nie poddajemy się!

To jeden z najcięższych momentów i trwa on aż do do punktu odżywczego, który jest na 14-stym kilometrze.

Po drodze pomagam jednemu zawodnikowi, którego ciągle łapią skurcze łydek – daję mu do wypicia shot magnezowy, który dostałam od Krzyśka. Wystarczy drobna pomoc i chwila zainteresowania drugą osobą. Nigdy nie wiadomo, kiedy to my będziemy w potrzebie. Może dzięki temu, nie nabawił się kontuzji i bezpiecznie dobiegł na swoją zmianę.

Dobiegam do punktu odżywczego. Wysyłam tutaj smsy do Oli i Karoliny, że jestem. Łapię jedzenie do ręki, izotonik do bukłaka i w drogę. Już jest lepiej, odzyskuję siły. Teraz przede mną tylko las i łąka w pełnym słońcu z widokiem na wysoki Szczeliniec 919 m n.p.m. Wdrapanie się na jego szczyt zajmuje mi trochę czasu. A na górze czeka na mnie oblodzony labirynt skalny, w którym razem z jednym z biegaczy się gubimy. Ale spokojnie! Znajdujemy drogę i biegniemy w dół po niekończących się schodach. Myślałam, że zmiana na której czeka Ola i reszta naszej ekipy jest zaraz na końcu schodów – jednak nie!

Nie wiem co jest lepsze, oblodzony labirynt czy 6-cio minutowy zbieg po kostce brukowej i asfalcie. Zmiana podłoża to dla stóp nic przyjemnego. Nawet nie mogę przyśpieszyć mimo, że głowa bardzo by tego chciała. Wiem, że nie mogę się poddać, bo tam czeka na mnie sporo ludzi 😉 Jest! Karłów! Meta! Widzę Górala z Kubą tuż przed metą, potem Olę, Karolinę, Krzyśka – są przytulasy, są gratulacje! Teraz swój etap zaczyna Ola. Szybko przekazuję jej naszą naszywkę i życzę powodzenia! Pobiegła! 🙂 Chłopaki mają dużą przewagę nad nami, ale kto wie – może Ola dogoni Pawła 😀 .

 

 

Etap III – Ola

22,9 km, przewyższenia: +540m/-903m

Czekając na Justynkę, na jej mecie w Karłowie, mam sporo myśli w głowie. Chcę mieć to już chyba za sobą. Cały dzień w słońcu mnie już trochę męczy. W strefie zmian leżę na kocu i patrzę w niebo, oklaskując co jakiś czas biegaczy rozpoczynających swój bieg. Myślę sobie: „co ja tu robię?”. Ostatnio kontuzja wykluczyła mnie na prawie 3 miesiące z jakichkolwiek treningów i w sumie jeszcze nie do końca wszystko jest dobrze. Pod koniec marca zaczęłam trochę biegać i przyjechałam tu z ogromnymi wątpliwościami czy powinnam wystartować. Nie chciałam jednak zawieść dziewczyn, a pragnienie biegania, było tak wielkie, że postawiłam wszystko na jedną kartę i jestem tu. Tuż przed 15:00 ogłaszają nasz numer startowy i z okrzykiem radości, że Justynka jest już blisko, że biegnie i że dała sobie radę, zaczynam przygotowywać się do swojego biegu. Po kilku minutach Justyna wbiega na metę z uśmiechem na twarzy 🙂 Wręczam jej medal, ściskam, odbieram naszywkę i biegnę przed siebie.

Mój etap jest najłatwiejszy technicznie: najkrótszy i z najmniejszym przewyższeniem. Założyłam sobie jedno –  będę starać się biec cały czas. Pokonując kolejne kilometry cieszę się, że kolano daje radę i bez większych problemów mogę zbiegać. Pierwszy raz od bardzo dawna sprawia mi to tylko przyjemność 🙂 Pogoda jest wręcz bajkowa. Czasem zatrzymuję się, żeby chwilę popatrzeć na piękny krajobraz. Na trasie już coraz mniej biegaczy, więc przez większość czasu biegnę sama, a robi się już późno. Bardzo chcę dobiec przed zmrokiem. Gdy dobiegam do punktu odżywczego daję znać reszcie, że jeszcze przede mną tylko Błędne Skały i prawie 9-cio kilometrowy zbieg. Po 3,5 h dobiegam na ostatnią prostą bardzo szczęśliwa 🙂 Dołączają do mnie dziewczyny i wspólnie wbiegamy na linię mety w niemal sprinterskim tempie (nie wiem skąd nagle w nas ta siła 😉 ).  Dokonałyśmy tego RAZEM! Nie jest to najszybszy bieg w moim wykonaniu, ale i tak jestem zadowolona 🙂

 

 

Finish

Biegnąc w drużynie nie możesz się poddać, świadomość tego, że nie robisz tego tylko dla siebie jest niezwykle motywująca. Wiążą się z tym także inne emocje, takie jak duma, radość, stres i presja. Dla nas to była przygoda. Nie biegłyśmy po podium, a największą nagrodą jest możliwość przeżywania tego wszystkiego razem. Ukończyłyśmy sztafetę z czasem 11:31:54.  Nasza męska sztafeta zrobiła tą samą trasę w 9:22:07. Gratulujemy i dziękujemy za wsparcie!

 

 

Śniadanko z widokiem

Pierwotny plan był taki, że w na przełomie lipca i sierpnia podczas udziału w Supermaratonie Gór Stołowych zdobędziemy Szczeliniec. Ale będąc już tu na miejscu, postanawiamy, że po niedzielnym śniadaniu wracamy do Karłowa. Wydawałoby się, że mamy dość schodów i górek, jednak krajobraz tego miejsca sprawia, że zapominamy o zmęczeniu po sztafecie. Niedziela jest akurat niehandlowa, więc jak rozważni ludzie zrobiliśmy zakupy wieczorem. Jednak lodówka postanawia spłatać nam figla i zamrozić całe jedzenie… Dacie wiarę? Trudno. Zjemy śniadanie w schronisku pod szczytem! Dzięki lodówko za taką możliwość!

Z parkingu pod hotelem Karłów wejście na samą górę zajmuje nam około 25 minut, zamawiamy jajecznicę i omawiamy plan na popołudnie.

Niestety pogoda się pogarsza, wiatr się wzmaga, więc szybciutko przechodzimy przez punkty widokowe na szczycie. Rozpościerająca się stąd panorama jest nie do opisania. Musicie tu przyjechać!

 

 

Polska czy jednak Czechy?

W drodze do Krakowa jedziemy zdobyć szczyt Gór Opawskich – Biskupią Kopę. Ostatnie nasze dwa wyjazdy opierały się głównie o granicę polsko-czeską, chyba nawet więcej czasu spędziliśmy na Czechach. Parkujemy niedaleko miejscowości Zlate Hory przy zielonym szlaku i ruszamy pod górę. Dotąd na szlakach nie widzieliśmy zbyt dużej ilości turystów. Tutaj pełno jest samochodów z polska rejestracją. Droga zajmuje nam 30 minut tempem spacerowym. Na szczycie, choć już po czeskiej stronie, znajduje się zabytkowa wieża widokowa. Niestety nie udaje nam się na nią wejść, gdyż jest obecnie w remoncie. Szkoda, na pewno widoki z niej są piękne. Chwilę rozglądamy się po okolicy. Pan z budki z pamiątkami wbija nam pieczątki do książeczek i udajemy się do auta.

 

 

_____________

Więcej zdjęć i opisów najwyższych szczytów pasm sudeckich znajdziecie tutaj, klikając w obrazek. Wpadnijcie i poczytajcie!

Autorem zdjęć jest Krzysztof Nagacz 🙂

Nogami do Góry