Nasze wspomnienia z Festiwalu Biegowego w Krynicy-Zdroju

O tym dlaczego warto przekraczać swoje granice, cieszyć z małych sukcesów i nie bać się wyzwań… czyli nasze wspomnienia z Biegu 7 Dolin w Krynicy-Zdroju.

festiwal biegowy

W myśl, że należy przekraczać swoje granice postanowiłyśmy wziąć udział w Festiwalu Biegowym, który odbył się 9 września 2017 r. w Krynicy – Zdroju. Oferta biegowa festiwalu była tak szeroka, że każdy znalazł coś dla siebie, zaczynając od asfaltu, poprzez biegi dla najmłodszych, aż po najpopularniejszy bieg – Bieg 7 Dolin na dystansie 100 km. To jeden z najlepiej dofinansowanych biegów ultra na świecie. Przyciąga tłumy biegaczy, kibiców, a kuracjusze z uzdrowiska z chęcią przyglądają się temu istnemu wariactwu.

festiwal biegowyWyruszamy w piątek zaraz po pracy, żeby zdążyć na wieczorną odprawę. Jedziemy razem z dwoma kolegami Marcinem i Michałem, którzy razem z Karoliną pobiegną dystans 34 km. Ola z Justyną zdecydowały się na dystans 17 km co łącznie daje im dystans Karoliny :).

Wpadamy na odprawę z lekkim opóźnieniem. Tłumy ludzi, więc przepychamy się do przodu żeby cokolwiek usłyszeć. Pakiety wydawane są jak na taśmie produkcyjnej, szybko i bardzo sprawnie. Nigdzie nie trzeba chodzić po stoiskach, wszystko jest w jednym miejscu. Super organizacja! A w sobotę..

Karolina:

Godzina 10:00 – odprawa!

Dziewczyny odprowadzają mnie na punkt zbiórki skąd autokary mają zabrać uczestników na start. Jak zwykle przybijamy 5tki, żegnamy się i życzymy sobie wzajemnie powodzenia. Widzimy się na mecie! Razem z chłopakami i Anią z Porannego Patrolu wyruszam do Piwnicznej Zdrój. Patrzę po raz kolejny na profil trasy i.. tylko się stresuję. Zawsze stresuję się przed biegiem. Zamykam mapę i podziwiam widoki za oknem. 

Godzina 12:00 – startujemy!

festiwal biegowyPierwsze strome podejście po betonowych płytach.. miejsca mało, przeciskamy się z trudem po trochu do przodu. Razem z Michałem na pierwszym zbiegu gubimy Marcina gdzieś w tłumie, ale nie czekamy (wybacz Marcin). Ja mam w głowie czas z którym chcę ukończyć ten bieg. Pierwsza górka, druga górka, słońce grzeje jakby to był lipiec. Pędzimy w dół do Wierchomli i wpadamy na punkt odżywczy. Szybka woda, pomarańcza do ręki i już Michał mnie pośpiesza, że koniec tego odpoczynku, że trzeba lecieć dalej. Biorę jeszcze jedną wodę i biegnę.

Przed nami podejście na Wierchomlę. Słyszałam opowieści o niej, że ciężko, że będę ją wspominać do końca życia, ale nie nastrajałam się negatywnie. Znalazłam swoje tempo i idę, idę do przodu, pod górę, końca nie widać, upał okropny, ale nie narzekam. Spoglądam za siebie i widzę sznureczek malutkich ludzików patrzących pod nogi, a za nimi widok na rozległe hale. Mijam zawodników z „setki”, gratuluję im, dodaję otuchy i zamieniam z nimi parę słów. Wiem, że dla nich to ważne – uśmiech czy choć jedno wypowiedziane hasło: dasz radę!

Udało się, jest szczyt! Nareszcie! Idziemy jeszcze kawałek wyrównując oddech i podziwiając panoramę. Przed nami zbieg, jesteśmy w tym naprawdę nieźli, ale nie tym razem.. To nie był zbieg, to było piekło! Kamienie i nachylenie nie do zniesienia, nogi bolą, zwalniamy. Chcę mieć już to za sobą!

Ostatnie kilometry…

festiwal biegowyNa 17. kilometrze w drodze na Runek łapie nas Marcin. Teraz delikatnie w górę, niby małe nachylenie, ale ciągnie się bardzo, opadam pomału z sił. Chłopaki mnie mocno wspierają i wpadamy na nasz drugi i ostatni punkt odżywczy. Teraz już tylko do mety! Lekki spokojny zbieg przez las, słychać już deptak, to musi być blisko! Ostatni zakręt i nic mnie nie zatrzyma! Widzę ją! Meta! Patrzę na zegarek 4h 18 min czyli 12 min przed moim założonym czasem. Czuję się niesamowicie, zrobiłam to! Moje pierwsze 34 km w górach 🙂

Teraz kolej na Olę i Justynę. One już są na trasie, przebieram się i wyczekuję ich  z chłopakami na mecie. Kiedy przekraczają końcową linię duma mnie rozpiera, są takie szczęśliwe! Przebiegły trasę w świetnym czasie, bez kryzysów i z uśmiechem na twarzy. Teraz możemy świętować.

Ola i Justyna:

Po odprowadzeniu naszych przyjaciół z 34-ki mamy jeszcze sporo czasu do naszego biegu. Start jest o 16:00. Na miejscu zbiórki mamy się stawić godzinę wcześniej. Planujemy dzień, jemy ostatni posiłek, przygotowujemy rzeczy na bieg i idziemy na spacer. Nieubłaganie zbliża się godzina startu. Przed wyjazdem dostajemy trochę wsparcia od Górala i jedziemy autobusem z innymi biegaczami do Szczawnika. W tym miejscu łączą się ze sobą wszystkie dystanse Biegu 7 Dolin, dlatego czekając na nasz start stoimy przy trasie i kibicujemy wszystkim biegaczom, przed którymi ostatnie 17 km. Krótka rozgrzewka według wskazówek Karoliny, kilka podskoków, skrętów i dynamiczne rozciąganie. Ustawiamy się na starcie w strefach i… ruszamy.

Pierwsze kilometry na rozbieganie…

festiwal biegowyZazwyczaj na początku nie biegnie nam się zbyt dobrze. Ciężko przyzwyczaić od razu mięśnie do większego wysiłku. Podbieg do pierwszego punktu odżywczego przy Bacówce nad Wierchomlą jest długi, trochę nudny, a tak naprawdę to tylko 5 km. Brak doświadczenia w biegach górskich sprawił, że nie wiemy kompletnie na jaki czas chcemy pobiec. Do tego miejsca należało dotrzeć w regulaminowym czasie 2h. My biegniemy spokojnie przed siebie, stale kontrolując tempo. Nie za szybko, nie za wolno. To dopiero początek. Wymieniając kilka serdecznych uwag z innymi biegaczami okazuje się, że utrzymując takie tempo na metę dobiegniemy prawie 2 razy szybciej. Ta informacja dodaje nam trochę sił. Do bacówki dobiegamy w ponad 30 minut! W sumie obie nie wierzymy, że to już. Uzupełniamy płyny, jemy po kawałku arbuza, patrzymy jeszcze chwilę na zachodzące właśnie słońce i ustalamy jednogłośnie, że musimy wrócić w to piękne miejsce innym razem. Ruszamy dalej. Kolejnym punktem do odhaczenia jest Runek i 1080 m n.p.m., czyli najwyższe wzniesienie tego dystansu. Od tego momentu trasa zaczyna trochę falować. Raz w górę, raz w dół. Jest czas na odpoczynek. Biegniemy spokojnie, czasem podchodzimy. Czujemy się bardzo dobrze.

“Nie hamuj na zbiegach!”

Gdy dobiegamy do Runka wiemy, że teraz przed nami tylko zbieg. Umówiłyśmy się przed startem, że w tym miejscu się rozdzielimy jeżeli któraś z nas będzie miała więcej siły. Na zbiegach można trochę poszaleć. Przybijamy sobie piątki, życzymy powodzenia. Ola biegnie trochę szybciej (bo kocha zbiegi 🙂 ) mając w głowie radę Karoliny, żeby nie za bardzo hamować na tym etapie. Justyna biegnie z nowo poznaną biegaczką, która nie ma zegarka i ciągle pyta ile do końca – dzięki temu wspierają się wzajemnie. Biegnie się całkiem dobrze, kilometry uciekają, a nogi nas same niosą. Końcówka zbiegu jest po błocie, ale słychać gdzieś w oddali metę co dodaje nam sił! Gdy zbiegamy na asfalt, widać już kibiców, a upragniony koniec trasy jest na wyciągnięcie ręki. Uśmiechamy się szeroko do żywo kibicującej reszty ekipy z 34-ki. Kilka kroków i już. Różnica pomiędzy nami to niecałe 5 min. Obie jesteśmy bardzo dumne z siebie i z wyniku (chciałyśmy biec na limit 4h ;)). Pierwszy start w biegach górskich zaliczamy do bardzo udanych i już planujemy kolejne! Tym samym polecamy wszystkim wybrać właśnie tą imprezę na rozpoczęcie swojej przygody z biegami górskimi.

Karolina 34 km    K30 – 15    4:18:25

Aleksandra 17 km    K18 – 12    1:49:54

Justyna 17 km    K18 – 15    1:54:21

Nogami do Góry

#dowhatyoulove #liveinthemoment #enjoythelittlethings